Trochę inne spojrzenie na krwiodawstwo.

Środa 18 stycznia 2017 godzina 13. Zaraz się zacznie. Ekipa medyczna już na posterunku. Sprzęt przygotowany i sprawdzony. Igły naostrzone. W zaimprowizowanej poczekalni tłoczą się trzydzieści dwie osoby. Zaraz uratujemy świat. Nie poskąpimy krwi, która, jak wiadomo, ma moc ratowania ludzkiego zdrowia, a nawet życia. Utoczymy ją z własnych żył. Tylko czy będzie nam to dane?
Na przeszkodzie stanęły choroby. Nawet takie malutkie, niewinne przeziębionka. Grupę zdziesiątkowały bóle gardła i katary. Zażycie zwykłej aspiryny już na wstępie wyeliminowało z gry kilkoro z nas. Na drugi ogień poszedł „brak żył”. Kilka dziewcząt, pod srogim okiem pielęgniarek, zawzięcie, aczkolwiek bezskutecznie, ich poszukiwało. Nie pomogły masaże i poklepywanie zgięcia łokciowego ani zaciskanie na ramieniu tak zwanej stazy. Podobno taka ich uroda i podobno niektórzy chłopcy też tak mają. Werdykt – do domu. Może jeszcze kiedyś się uda. Kolejna zmora to złe wyniki badań laboratoryjnych oraz lekarskich. Jeden z kolegów, podenerwowany pierwszym oddaniem, miał zbyt wysokie tętno. Drugi ciśnienie nieznacznie odbiegające od normy. Niektórych zdyskwalifikowały alergie, innych zabiegi stomatologiczne, kolczyki, tatuaże, a także wiele innych przyczyn. A przecież są jeszcze przypadki, które mogą wyeliminować z grona krwiodawców na zawsze.
Ostatecznie w boju poległo aż trzynaście osób, w tym dwoje nauczycieli. Podczas poprzednich akcji bywało ich znacznie więcej. Z moich obserwacji wynika, że średnio dwie trzecie. Tym większą satysfakcję mogą mieć ci, którym tego dnia udało się dołączyć do grona krwiodawców. Było ich dziewiętnaścioro i oddali w sumie 8 litrów 550 mililitrów krwi. Chwała im za to!