Wojtek odszedł...

Wiedzieliśmy, że zmaga się z chorobą, która nie zna litości, ale wierzyliśmy, że się uda. O to się modliliśmy, tego mu z całego serca życzyliśmy. A jednak Wojtek odszedł. Był uczniem naszego technikum, jego pasją były samochody, a chociaż nie mógł uczestniczyć we wszystkich zajęciach, przygotowywał się do egzaminów i każdy kolejno zdawał. Nie skarżył się, miał dla nas zawsze uśmiechniętą twarz. Był silny i miał nadzieję. Na Facebooku informował o chemii i kolejnych operacjach, które przeszedł i które go jeszcze czekały. „Czuję się dobrze, jest OK!” – pisał, zostawiając cierpienie tylko dla siebie. W kolejnym poście dziękował za wsparcie i wstawiał między zdania uśmiechnięte buźki. Do przyjaciół napisał: „Wiem, że jesteście ze mną i że nie zostanę z tym sam.”
    Dzisiaj żegnaliśmy Wojtka, towarzysząc mu w ostatniej drodze. Zwykle w takich chwilach rozpacz siłuje się z nadzieją, bo jako wierzący wiemy, że życie człowieka nie kończy się, tylko zmienia postać. Wyobrażamy sobie Wojtka szczęśliwym. On już „jest po drugiej stronie, już nie wierzy, on wie. Zdziwiony i zachwycony ogląda to, co Bóg dla niego przygotował” – mówił kapłan podczas mszy żałobnej, zwracając się szczególnie do pogrążonych w smutku Rodziców. A potem usłyszeliśmy słowa „Kolędy dla nieobecnych”:

„Daj nam wiarę, że to ma sens.
Że nie trzeba żałować przyjaciół.
Że gdziekolwiek są - dobrze im jest,
Bo są z nami choć w innej postaci.
I przekonaj, że tak ma być,
Że po głosach tych wciąż drży powietrze.
Że odeszli po to by żyć,
I tym razem będą żyć wiecznie.”

Z tą wiarą nas zostawiłeś, Wojtku. Kochaliśmy Cię i kochamy nadal. Nie wątpimy, że będziesz najlepszym mechanikiem w Królestwie Niebieskim. Spoczywaj w pokoju!